365 dni, herbatka

Nowy Rok nowa Ja?!

Od jakiegoś czasu najwięcej pomysłów przychodzi mi do głowy podczas…sprzątania łazienki lub mycia włosów. Tam gdzie woda, tam pomysły. Ponieważ przyznałam się publicznie, że blog będzie o wszystkim i o niczym, stąd nie muszę się specjalnie ograniczać w jego treści, dzięki czemu pomysłów na posty mam więcej niż włosów na głowie – i dobrze.

W tym poście opowiem Wam o moich przemyśleniach noworocznych i celach na następne miesiące. Jednak nie przeczytacie tutaj o zrzuceniu 7 kg, przytyciu 3 kg, awansie, omijaniu szerokim łukiem słodyczy czy wycieczce na księżyc. Są one bardziej przyziemne i codzienne i może kogoś również zainspirują.

Po pierwsze – list od siebie do siebie

1 stycznia napisałam list od siebie do siebie i wkleiłam go do specjalnego kalendarza, o którym za chwilę Wam opowiem. Opisałam w nim aktualne swoje położenie, tj. sytuację zawodową, rodzinną i zdrowotną. Przedstawiłam w skrócie swoje cele (więcej cierpliwości i motywacji, a mniej stresu i przejmowania się tym, że 3 tygodnie temu padał deszcz, a zapowiadali śnieg itd.). Dodałam do tego parę marzeń (może moje bajki w końcu wyjdą z szuflady i ktoś je przeczyta?). Nie wspomniałam natomiast o żadnych planach. Dlaczego? Bo ostatni rok pokazał mi, że nie opłaca się planować niczego, co ma mieć miejsce za tydzień i dalej. W moim przypadku plany się nie sprawdzają – albo z przyczyn ode mnie niezależnych, nie da się ich zrealizować, albo życie robi niespodziankę i jest fajniej niż sobie zaplanowałam. Dla przykładu: w ciągu 2 miesięcy grudzień – styczeń wpadliśmy na pomysł przeprowadzki z Poznania do Warszawy i to zrobiliśmy – bo tak!

Pisząc list włączyłam muzykę i zapisałam co konkretnie słuchałam. Do tego krótko opisałam gdzie siedziałam i w co byłam ubrana. Nie wiem jak Wy, ale ja mam tendencję do zapamiętywania detali chwili – zapach, smak, kolor. Na samym końcu napisałam, że trzymam za siebie kciuki i życzę sobie powodzenia.

Po co napisałam ten list? Po to, aby równo po roku otworzyć go i przeczytać i zobaczyć ile się w moim życiu zmieniło. Poczuć jak wiele mieści się w słowie „rok” i jak dużo można osiągnąć, zepsuć bądź naprawić. Ile można zdziałać przez 365 dni i ile można stracić, gdy żyje się bez życia. Coś czuję, że pisanie listu do samej siebie zostanie u mnie tradycją. Za 50 lat otworzę je wszystkie, jeden po drugim, i będę czytać z łezką w oku.

Po drugie – kalendarz myśli i osiągnięć

Systematyczność to moja pięta achillesowa, nad czym bardzo ubolewam. Dorzucić do tego niską samoocenę i brak wiary w siebie i mieszanka depresyjna gotowa. W kalendarzu będę zapisywać czynności, które zrobiłam, a które pomogły mi cieszyć się danym dniem, a w konsekwencji całym rokiem – rozpoczęcie nowej książki, powrót do hobby parę lat temu rzuconego w kąt, 45 minut ćwiczeń dla bolącego kręgosłupa, znalezienie nowej pysznej herbaty, pokonanie lęku, zrobienie czegoś kreatywnego itd. Nie muszą być to wielkie czynności czy drogie rzeczy. W ramach motywacji zapisuję również jakie ćwiczenia zrobiłam i czas ich trwania. Pierwszy tydzień chce się jeszcze ćwiczyć, w kolejnych coraz mniej, a puste miejsce w kalendarzu w rubryczce „ćwiczenia” da mi kopniaka w tyłek.

Dzisiaj jednak złapałam się na małej pułapce kalendarzowej. Wracając zadowolona z łazienki z Kretem w ręce zapisałam w kalendarzu „Posprzątałam i umyłam całe mieszkanie – można jeść z podłogi!”. Przeczytałam to zdanie 3 razy. Potem raz głośno i…. skreśliłam je. Jeżeli miałabym zapisywać tego typu rzeczy jako osiągnięcia dnia (a niewątpliwie jest to osiągnięcie!), to za miesiąc ¾ kalendarza wyglądałoby następująco: „Wyrzuciłam śmieci, zrobiłam dwudaniowy obiad, byłam w 3 marketach szukając sera smażonego, zrobiłam 3 prania i umyłam balkon”. Kalendarz zamiast być motywacją do kreatywnego i ciekawego życia, zamieniłby się w dziennik perfekcyjnej pani domu – nuda!

Dzięki kalendarzowi Le Petit Prince wpadłam na kolejny pomysł wykorzystania rubryczek i zaczęłam zapisywać filmy, które obejrzałam danego dnia z komentarzem, w formie buźki i oceny, dzięki temu będę mieć spis filmów na każdy humor i sytuację.

Po trzecie – kalendarz zdrowia

Tak, kolejny kalendarz, ale jest malutki i sprawniej w nim zapisywać TE rzeczy niż w zwykłym zeszycie. Co w nim zapisuję? Leki jakie brałam, dni w których wypiłam %, nowe potrawy, dzień cyklu, objawy itd. Wiem, brzmi jakbym zapisywała każdą krostkę i pierdołę związaną ze zdrowiem, ale tak nie jest. Po co? Chociażby po to, abym wiedziała co mnie znowu uczuliło, czego nie mogę jeść, albo z której knajpki lepiej abyśmy nie zamawiali jedzenia; dzień cyklu i objawy z tym związane przydadzą się podczas wizyty u ginekologa czy innego lekarza, plus sama siebie jeszcze lepiej poznam, np. kiedy należy we mnie rzucać czekoladą, zamiast prowadzić bezsensowną dyskusję.

Po czwarte – zeszyt snów

Jestem tą szczęściarą, która co noc ma parę snów. Wszystkie są kolorowe, pełne zapachów, smaków, dźwięków i emocji. Fajnie nie? Gorzej jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że takie sny wiążą się z niewyspaniem, zmęczeniem mózgu i przeżywaniem każdego z nich do godziny 16. Jeżeli są to piękne sny, to pół biedy, jednak ostatnio są one wypełnione koszmarkami większymi bądź mniejszymi. Aby nie dostać na głowę, warto spisać je w paru zdaniach i zastanowić się co JA chciałam sobie przez nie powiedzieć czy uświadomić. Zajmuje to 10 minut, a rezultat jest taki, że po tym czasie nie wracam już do nich i mogę zacząć dzień z czystą kartką w mózgu, bez bazgrołów sennych. A co się dowiem o sobie, to moje!

Po piąte – kalendarz z cytatami

Dostałam go od siostry i był to jeden z fajniejszych prezentów. Ja mam „Rok pozytywnych zmian” (wyd. Święty Paweł – brak w nim jednak świętoszenia [edit: do marca znalazło się jednak parę „boskich” kartek 🙂 ]). Codzienna możliwość przewinięcia kolejnej strony, pozwala poczuć nowy dzień i przeczytać budującą myśl. Dzisiejsza sentencja brzmi następująco: „Gdy jesteśmy na rozdrożu, to zakres posiadanej wiedzy i doświadczenia oraz rozsądek podpowiadają nam, którą z dróg wybrać”. Piękne, motywujące i ciepłe zdanie. Ja dzisiaj wstałam lewą nogą, więc myśl zinterpretowałam po swojemu – Jeżeli życie znowu pokaże mi język, to mogę być pewna, że te 20 lat siedzenia nad książkami, te bolące kopniaki w tyłek od ludzi i odrobina mózgu pozwoli mi dzisiejszy dzień przeżyć i zasnąć z poczuciem wygranej.

Po szóste – pisz, czytaj, skacz, graj…rób co serce ci mówi!

Myjąc podłogę (i znowu pomogła woda), pomyślałam, że po co mam pisać tego posta, skoro po pierwsze nikt go nie przeczyta, a po drugie większość stwierdzi, że mam z głową – lepiej zostawić wszystko dla siebie, przynajmniej nikt mnie nie skrytykuje. Po chwili jednak pomyślałam, że może jednak komuś pomysł z pisaniem listu da odrobinę radości? Może ktoś ma podobne problemy ze zdrowiem i prowadzenie kalendarza zdrowia pomoże mu ogarnąć codzienność?

Przypomniała mi się momentalnie rozmowa z najlepszą panią psycholog jaką poznałam w życiu, a miałam z Nią zajęcia na studiach:

  • Co ci sprawia aktualnie przyjemność?

  • Hmm…lubię robić zdjęcia.

  • A jakie są to zdjęcia?

  • Głupie.

  • Dlaczego uważasz, że są głupie?

  • Bo lubię robić zdjęcia dziwnym rzeczom, np. klamerce samotnie wiszącej na sznurku, szklance ze strużką kawy…

  • A co robisz potem z tymi zdjęciami?

  • Nic. Leżą na dnie komputera.

  • A nie chciałabyś podzielić się swoim spojrzeniem na świat z innymi?

  • Chciałabym, ale boję się, że mnie wyśmieją.

  • No i? Nawet jeśli ktoś je skrytykuje, to przecież to co robisz nigdy nie będzie podobać się wszystkim. A skoro sprawia ci to przyjemność, tym bardziej, że nie jest to nic karalnego i nie sprawia innym przykrości, to rób to! Rób to, co sprawia ci radość, nawet jakby była to najmniejsza rzecz, z pozoru nawet głupia. Rób zdjęcia i wstawiaj je do Internetu. Może gdzieś jest osoba, która doceni samotną klamerkę, strużkę kawy, czy inne codzienne detale.

Pisanie bajek, robienie zdjęć, wstawianie przepisów do Internetu i wiele wiele innych naszych „głupich” hobby można odnieść do tej rozmowy.

Nowy Rok jest idealnym czasem dla wszystkich osób, które wstydzą się lub boją wyjść ze swoimi marzeniami czy planami z urycia. Jednak bojąc się krytyki daleko nie zajdziemy, stąd warto zacisnąć na początku zęby, potem poczuć się jak kaczka – niech z nas spływa negatywna opinia innych – i w końcu zadbać o swoje marzenia, plany, zdrowie i szczęście.

I tego wszystkiego Wam życzę w Nowym Roku!

Trzymam kciuki za Was i za siebie.

Nie mam zielonego pojęcia gdzie zapisałam zdjęcie klamerki, ale znalazłam zdjęcie ze spaceru 🙂

Podlinkuję Wam stronki z kalendarzami, może komuś się przydadzą:

Mały Książę online niedostępny, ale jest jeszcze stacjonarnie

Rok pozytywnych zmian 

Zeszyt „sennik” – stacjonarnie w Flying Tiger, mają tam najtańsze i najpiękniejsze zeszyty w linie z pożółkłymi kartkami

Kalendarz zdrowia – również jedynie stacjonarnie

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.